Toubkal

Posted Hiking

Toubkal

I got a message from friends that they’re planning a trip to Maroko. Toubkal is the destination.

  • Are you going with us?
  • The date and we’re going.

This was 3 months ago, while I was still hundreds of sea miles away from home, on a ship.

Preparations. There is only one of the people marked as ‘experienced’. Several questions what we need. We agree that the crampons are not necessary, gaiters as well. We’re going there in November.

Arrangements at the destination. A flight from Warsaw to Marrakesh. Over there we get a taxi to Ilmil, where we go for a walk. We stay overnight in Ilmil, about a KM away from the town. We set up our tents.

The night is full of star and slightly cold, but the sleep was pleasant. In the morning the backpack seems to weight a ton. We’re off to the trail full of crops. The shelter ‘Refuge Toubkal’ is approx 1000m below the summit, is stocked up by the donkeys, a lot of tourists so there’s a lot of supplies. During the day we saw about 30 donkeys carrying supplies.

The shelter itself is situated 3207 m above the sea level. Unfortunately, shortly after getting there I started to feel fatigue. It turns out later that these are the first signs of an altitude sickness. It’s strange, because I’ve climbed such heights before and I’ve never had problems with it. After a few days it turns out that it was a cold that destroyed my acclimatization. When the two of us got to the shelter I was exhausted. The other three decided to camp somewhere below, in the wild. It turned out to be a bad idea. The weather on the way to the shelter was great. Sun with no wind. However during the night the weather broke down & about 1m of snow fell. During the day the snow didn’t stop, which resulted in closing the shelter. Nobody was allowed to leave until the afternoon. Turns out that our friends had to evacuate themselves in the middle of the night, because of the snowstorm.

Even of Friday night at the shelter we met a lot of people, primarily from Poland, a group of 5 happy and amazing people. Also some people from Spain and Portugal.  

When the weather improved and the sun appeared, we got our noses out of the shelter. A lot of snow. Along with the team of Poles we went to stretch legs on the trail to the top of the hill. Cool girls and nice guys. A day was fun with a lot of fooling around, some talks. When we got back to the shelter, another Polish girl appears, Weronika who is a member of a cancer fighting charity, Rak’nRoll (Cancer&Roll). Super chick. With an interesting history and a lot of bravery she travels across the world and through the mountains. She has a very ambitious climbing plan for the next few years.

The next day we get up at 5am. Nearly all of shelter is up at this stage. For me waking up was hard, lacking energy but we gather our stuff together and head out. This time, climbing-irons and gaiters were an absolute necessity. Luckily, they were available for rent in the shelter. It’s hard to take a step but we somehow manage to move forward. It gets harder mater by meter. In the middle of the route between shelter & the top I had to give up. My heart was pounding and I was struggling to catch my breath. Evidently it was an altitude sickness. The two of us are turning back to the shelter. This is where I take a nap for 1 hour. In the meantime, Agata meets some more people from PL in the shelter. I get downstairs, we chat for a while, get a quick meal together. We get outside to get downhill. We set our camp on the bottom of Ilmil. During the night, the cold which ruined my mountain acclimatization, reaches its apogee. Heat waves &cold shivers go through my body. It was extremely hard to be asleep. By the morning, I feel better. Hot tea with a bit of honey & off we go. 

We reach the bottom of the mountain, where a taxi rank awaits. We bargain the price but the driver doesn’t want to negotiate. We wait. About an hour later another couple from PL appears. As a group we bargain a good deal. We’re on our way back to Marrakesh. We book an overnight accommodation in a cheap hotel. We spend the evening in the city market. The Square is hard to describe, you need to experience it. Aromas of flavours and thousands of people. Something worth experiencing. The only thing you need to watch out for are tricksters, which the Square is full of. If a monkey jumps on your shoulder and you want your picture taken, just bare in mind that there’s a bill to pay. 😉 I’ve seen a few of those cases over there, so be careful.

This time I didn’t manage to climb to the top of Ilmil. However I haven’t said my last word yet…

The next day we get out stuff together to go to the dessert, the transport is already arranged. But that’s a completely different story altogether. 😉

Longer brake during the way down.

Po Polsku

Toubkal

Od przyjaciółki dostaję info że jej ekipa zbiera się do Maroka Toubkal jest celem.

– zbierasz się z nami?
– data i jedziemy.

To było 3 miesiące przed wyjazdem, gdy byłem jeszcze całe setki mil morskich od domu, na statku.

Przygotowania, jest w grupie jeden doświadczony który widnieje jakby jako organizator. Kilka pytań co potrzeba. I ustalone że raki nie będą potrzebne, stuptuty tak samo. Wybieramy się tam w listopadzie.

Organizacja na miescu, lot z warszawy do marakeszu. Tam łapiemy taxi i do Ilmil, z tego miejsca już spacerek. Nocujemy niedleko Ilmil, niecały km od miejscowości, rozbiliśmy namioty.

Noc gwieździsta i lekko chłodna, ale spało się przyjemnie. Rano plecak wydaje się że warzy tonę. Ruszamy na szlak kupami usiany. Schronisko Refuge Toubkal jest około 1000m poniżej szczytu zaopatrywane jest osłami, sporo turystów to i sporo zaopatrzenia. W ciągu dnia spotkaliśmy około 30 osłów z zaopatrzeniem.

Samo schronisko znajduje się na 3207m npm. Niestety już przy podejściu do schroniska czułem brak sił. Dopiero później okaże się że to objawy choroby wysokościowej. Dziwne, o tyle iż wchodziłem już wcześniej na takie wysokości i nie było z tym kłopotu. Po kilku dniach okazuje się że to przeziębienie zniweczyło moją aklimatyzację. Gdy dotarliśmy we dwójkę do schroniska niemal padłem z nóg.  Pozostała trójka zdecydowała się na nocleg niedaleko schroniska na dziko. Co okazało się złym pomysłem. Pogoda w drodze do schroniska była super. Słońce i bez wiatru. Jednakże w nocy było załamanie, przez noc nasypało ponad metr śniegu. I w ciągu dnia nie ustępowało, co za skutkowało zamknięciem schroniska. Nikt go nie opuszczał do popołudnia. Zamieć śnieżna spowodowała, że nasi znajomi musięli ewakuować się w środku nocy.

Jeszcze wieczorem pierwszego dnia w schronisku poznaliśmy mnóstwo ludzi pierwsze, ekipa z Polski. Piątka ludzi wesołych niesamowitych. Trochę ludzi z Hiszpani i Portugali.


Gdy pogoda pokazała słońce, wysunęliśmy nosy z schroniska, sporo śniegu. Wraz z ekipą z polski idziemy pohasać na początku szlaku ciągnącego na szczyt. Fajne dziewczyny i w porządku kolesie.
dzień na wesoło trochę wygłupów, trochę rozmów. Gdy już wróciliśmy pod drzwi schroniska, nadchodzi następna Polka, Weronika która jest aktywistką Rak’nRoll. Super babka. Z ciekawą historią i odwagą Sama podróżuje po świecie i górach, z bardzo ambitnym planem szczytowym na najbliższe kilka lat.
Szybko wszyscy się poznajemy. Resztę dnia i wieczór spędzamy na pogaduchach i grze w „Tabu”. Gra w pełni się rozkręca gdy ludzie zaczynają się już przekrzykiwać, emocje w zenicie.
mimo choroby, dziś czułem się dobrze.

Rano o 5tej pobudka. Niemal całe schronisko wstaje. Pobudka ciężka brak mocy, ale ogarniamy rzeczy i na szlak. tu wzmianka, raki okazały się potrzebne, stuptuty również. Całe szczęście można było je wypożyczyć w schronisku. Kroki ciężko się stawia ale idziemy do przodu. Z każdym metrem coraz ciężej, i tak w połowie drogi między schroniskiem a szczytem musiałem odpuścić. Ciężko się oddycha serce wariuje. Ewidentnie choroba wysokościowa. Wracamy we dwójkę do schroniska. Tam łapię godzinną drzemkę. W miedzy czasie Agata poznaje nowych ludzi z polski. Schodzę na dół chwilę rozmawiamy, szybki posiłek. I schodzimy na dół. Rozbijamy się ponownie pod Ilmil. W nocy przeziębienie które zniweczyło mi aklimatyzacje, osiąga apogeum. Uderzenia gorąca i zimne dreszcze. Ciężko było spać. Lecz nad ranem już lepiej. Gorąca herbata z miodem & ruszamy dalej.

Docieramy na postój Taxi, targujemy się lecz nie chcę zejść z ceny. Czekamy. Po około godzinie następna para z polski. I tu już w grupie udaje się utargować fajną cenę. Wracamy do Mrakeszu. Nocleg w tanim hotelu, wieczór spędzamy na rynku. Rynek w Marakeszu nie da się opisać, to trzeba przeżyć. Aromaty jedzenia i pełno ludzi. Coś warte doświadczenia. Uważać trzeba tylko na naciągaczy… których pełno. Wskakuje wam małpa na ramie i chcecie zdjęcie pewnie ok tylko liczcie się z rachunkiem. 😉 obserwowałem kilka takich praktyk na całym rynku, warto uważać.

Szczytu tym razem nie udało się zdobyć. Lecz ostatnie słowo jeszcze nie zostało powiedziane.
następnego dnia zbieramy się na pustynie, przejazd już zorganizowany. Lecz to już inna historia. 😊

Comments (0)

Leave a comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *